Ziemniaki

E-czasopisma to nie ziemniaki

11 czerwca 2012

Od pewnego czasu głośno jest o zawyżonych cenach dostępu do czasopism i e-zbiorów. W maju głośno było o liście władz Biblioteki Uniwersytetu Harvarda do naukowców, który namawia do zaprzestania pisania w renomowanych, acz za drogich czasopismach naukowych. Swoją drogą – jeżeli już nawet tak wielka instytucja twierdzi, że nie stać jej na czasopisma, to znak, że wydawcy już po prostu przesadzili.

Zresztą moim zdaniem równie dużym problemem, co ceny prestiżowych czasopism jest fakt, że wydawcy i agregatorzy sprzedają e-zbiory w workach, jak ziemniaki.

No bo jak inaczej nazwać sytuację, w której chcąc kupić dostęp do treści dobrej jakości, musimy wykupić też setki rzeczy na dużo niższym poziomie ze względu na sprzedaż w pakietach? Nie wspominając już o sytuacji, w której ceny pakietów rosną, bo zostają do nich dołączone nowe czasopisma… których wcale nie chcemy.

Wyobraźmy sobie, że hurtownia książek (nie elektronicznych) przychodzi do nas z ofertą sprzedaży kontenera kilkunastu tysięcy książek, z którego kilka to pozycje niemalże niezbędne dla naszej biblioteki, a reszta… no cóż… kosztuje tylko 1$ za sztukę. Kupilibyście? Ja bym się mocno zastanowił.

To kto tu jest w końcu bibliotekarzem?

Poprawcie mnie, jeżeli się mylę, ale to bibliotekarze mają być ekspertami w rozwijaniu kolekcji bibliotek i selekcji najlepszych źródeł… Sprawdza się to przy źródłach drukowanych, czemu więc pozwalamy odbierać sobie ten przywilej przy zakupie e-zasobów?

Co więcej, dobrze wiemy, że biblioteki różnią się także pod względem potrzeb. Tymczasem pakiety tworzone są nie konkretnie pod naszą instytucję, a ogólnie. Robi to np. p. John Doe z USA. Tylko, że p. John Doe z USA pewnie nigdy nie był i nie będzie w naszej bibliotece i to nie on zna potrzeby naszych użytkowników.

Załóżmy, że print znika z bibliotek i przestawiamy się w pełni na zbiory cyfrowe. I co? Nie chcemy mieć pełnego wpływu na wygląd naszych zbiorów?

Wykorzystano zdjęcie Potatoes-Kipfler-HeatAffectedHarvest-928 8-2040gram autorstwa graibeard (lic. CC-BY-SA)

  • Radek Czajka

    Naprawdę, sprzedawanie w worku to większy problem, niż wysoka cena? Czyli gdyby dało się kupić pakiet „wszystko co się da” za przysłowiową dychę, to byłby to problem, bo bibliotekarz nie ma wyboru, a gdyby dostęp do poszczególnych czasopism albo i artykułów był strrrasznie drogi, ale za to płatny od sztuki, to już by było trochę lepiej? Nie kupuję tego.

    Przenosząc się do trochę innego świata, osobiście wolę zapłacić raz i korzystać swobodnie z tego, czego akurat potrzebuję, niż gdybym miał płacić osobno np. za każdy artykuł w Wikipedii, do którego chcę zajrzeć. W bibliotekach uniwersyteckich, wydaje mi się, swobodny przepływ informacji, nie zatrzymujący się co chwilę na rogatkach płatniczych, wydaje się co najmniej tak samo ważny.

    Dyski w komputerach są już względnie duże. Dbanie o potrzeby czytelników nie musi polegać na zarządzaniu, do czego czytelnik będzie miał dostęp, a do czego nie. Bibliotekarz to nie, z przeproszeniem, kurator wystawy. ;)

  •  Ok, trochę zaktualizowałem pisząc, że jest to co najmniej tak samo duży problem, ale nie jestem w sumie do końca przekonany. 

    Liczba e-artykułów, które moglibyśmy mieć dostępne w ramach subskrypcji w bibliotekach to kilkaset milionów. Problemem nie jest to, żeby mieć do nich wszystkich dostęp, tylko żeby znaleźć te kilka, które są akurat potrzebne. Nie zawsze to jest proste, szczególnie w momencie, kiedy nie wiemy konkretnie, które to są. I tu kilka kwestii:

    – Twój przykład z “przysłowiową dychą” jest jednak trochę przesadą, bo nawet jeżeli pakiet kosztuje “dychę”, to tysięcy dolarów (albo i lepiej). 

    – Sęk w tym, że nie ma takiego pakietu “wszystko co się da” — pakiety są tak stworzone, żeby w każdym z nich było coś, na czym Ci zależy + kupa śmieci. Dodaj sobie do tego to, że artykuły w różnych pakietach się pokrywają, przez co biblioteka płaci np. 4-7 razy za to samo… Nie wspominając o tym, że płacimy dodatkowo za artykuły, które i tak mamy, bo są w OA. 

    – Zakładając, że potrzebujemy czasem tylko 10% z pakietu może jednak byłoby taniej osobno niż w sytuacji, kiedy jesteśmy zmuszeni do zakupu 100% w uśrednionej niższej cenie, ale sumarycznie większej? 

    – Porównanie do kuratora wystawy jest o tyle nietrafione, że akurat w przeciwieństwie do sztuki, artykuły naukowe możemy poddać bardziej obiektywnej ocenie i rzeczywiście większość jest w efekcie tylko szumem informacyjnym. Ta sytuacja jest inna także dlatego, że “kurator wystawy” wybiera, co pokazać spośród tego, co i tak ma, a w przypadku e-zbiorów jest tak, że za dostęp do tych śmieci trzeba dopłacić. Szum można ograniczyć korzystając z narzędzi wyszukiwawczych (jak np. Primo), ale pieniądze wyrzucamy w błoto. ;)